Dziś jest: Niedziela, 20 Maja 2012
Tu jesteś:

Historia ustczanina, który przeżył katastrofę morską na statku "Cap Arcona"

Data publikacji: 15 Listopad 2010, Autor: Hubert Bierndgarski

Emil Łukasik z Ustki jako jeden z nielicznych przeżył pod koniec II Wojny Światowej katastrofę morską na statku "Cap Arcona"

- Spojrzałem w bulaj i zobaczyłem jak z angielskiego samolotu, który przelatywał nad naszym statkiem wypadły trzy bomby. Rzuciłem się na podłogę kabiny. Kilka sekund później pokładem wstrząsnęły wybuchy. W korytarzach pojawił się ogień i dym. Ludzie z otwartych pokładów zaczęli skakać do morza. My również chcieliśmy wybiec, ale w korytarzach było pełno ognia. Widzieliśmy jak nasi koledzy płonęli żywcem. Ci, którym udało się wybiec ginęli od kul niemieckich żołnierzy, którzy stali przy wyjściu i strzelali. Zaczęliśmy skakać do morza przez wybity bulaj...

Dokładnie 3 maja 1945 roku, na 9 dni przed zakończeniem II Wojny Światowej w Zatoce Lubeckiej doszło do jednej z największych tragedii morskich. Na tzw. "okrętach śmierci", którymi wywożono więźniów w morze i później zabijano zamordowano ponad 8 tysięcy jeńców wojennych przetrzymywanych w obozie koncentracyjnym Neuenngame. Ci, którym udało się przeżyć tragedię na morzu zostali zastrzeleni na plaży przez niemieckich żołnierzy. Z jeńców przetrzymywanych na "Cap Arconie" przeżyło tylko niewiele ponad 300 osób w tym 90 Polaków. Wśród nich Emil Łukasik z Ustki.

W siną dal

Wszystko zaczyna się 18 kwietnia 1945 w obozie Neuengamme kilkanaście kilometrów od Hamburga, gdzie przebywa kilkadziesiąt tysięcy więźniów, w większości przeprowadzonych tu z innych obozów, między innymi Oświęcimia i Auschwitz. Z Auschwitz trafia tutaj również Emil Łukasik.

- Mój ojciec był uczestnikiem walk obronnych w 1939 roku na odcinku Gdynia-Orłowo - mówi Lidia Łukasik-Walczak, córka Emila, która do dzisiaj mieszka w Ustce. - Po upadku Oksywia ojciec dostał się do niewoli niemieckiej i został internowany do Stalagu w Stargardzie Szczecińskim skąd uciekł w marcu 1942 roku. Przedostał się do rodzinnego Opoczna, gdzie zaangażował się w działalność ruchu oporu, zaopatrując oddziały partyzanckie w broń i amunicję. 20 października 1942 roku został jednak złapany i trafia do Auschwitz razem z bratem Wacławem i ojcem Karolem. Zarówno ojciec jak i syn giną spaleni w obozowym piecu. Ojcu udaje się przeżyć. Później w 1945 zostaje przeniesiony do obozu Neuengamme. Tutaj przebywa aż do momentu przeniesienia na statek.

Marsz śmierci

20 kwietnia 1945, dowództwo obozu Neuengamme dostaje rozkaz wyprowadzenia więźniów. Wszyscy jeńcy wyruszają w tak zwanym "marszu śmierci" do portu w Lubece. W drodze z głodu, zimna, wycieńczenia, a także z rąk niemieckich żołnierzy ginie kilka tysięcy osób (dlatego marsze te nazwano "marszami śmierci"). Ci, którym udaje się przeżyć i dotrzeć do portowego miasta zostają przetransportowani na łodzie i barki, którymi wywozi się ich na pełne morze. Tutaj czekają już na nich cztery pełnomorskie statki pasażerskie: 'Deutschland", "Athen", "Thielbeck" i "Cap Arkona".

- Na pokładzie "Cap Arcony" znalazłem się 22 kwietnia wraz z grupą kolegów z obozu w Neuengamme - czytamy w zeznaniach Łukasika, w których opisuje chwile spędzone na statku. - Od paru dni nie mieliśmy nic do jedzenia i picia. W luksusowych kabinach, gdzie normalnie spały 2 osoby upychano nas po 20-30 osób. Spaliśmy wszędzie gdzie się dało. Najgorsze jednak były lustra, które wypełniały całe wnętrze statku. Nasze odbicia wyglądały strasznie.

Jeńcy nie wiedzą jeszcze, co ich czeka. Plotki głosiły, że zostaną wywiezieni do Szwecji. Sytuacja zmieniła się jednak po kilku dniach, kiedy dotarła do nich informacja, że Niemcy kapitulują i bliski jest koniec wojny. Ponoć już wtedy Anglicy wydali rozkazy kapitanom niemieckich statków, aby ci wrócili do portu. Tak się jednak nie dzieje. Możliwe, że przyczyną takiego obrotu spraw było dowództwo obozu Neuengamme, które również zamustrowano na "Cap Arconie". Prawdopodobnie obawiali się odpowiedzialności. Z informacji, jakie posiadamy wynika, że na pokładzie bardzo często dochodziło do sprzeczek pomiędzy kapitanem statku Heinrichem Bertramem, a dowódcą SS i szefem obozu Klinkenbergiem. Kapitan chciał wracać do portu, szef obozu kategorycznie nie zgadzał się na takie ruchy.

- 3 maja dotarła do nas informacja, że jak nasze statki nie zawiną do portu, to zostaną zbombardowane, tym bardziej, że angielskie samoloty wcześniej zbombardowały port w Neuestadt - czytamy we wspomnieniach Łukasika - Bardzo się z tego cieszyliśmy, tym bardziej, że jeden ze stojących obok statków, bodajże "Athena" wywiesił białą flagę i popłynął w kierunku lądu. Nasza radość była jednak przedwczesna.

Alianci atakują

Rano 3 maja kapitanowie niemieckich okrętów otrzymują komunikat od dowództwa angielskiego lotnictwa RAF: "Wzywamy wszystkie jednostki morskie pływające pod banderą III Rzeszy do natychmiastowego zawinięcia do portu. Wszystkie statki niemieckie spotkane na morzu po godzinie 14:30 zostaną zbombardowane". Komunikatem, jak już wcześniej wspominaliśmy przejął się jedynie kapitan statku "Athena", który wywiesza białą flagę i wraca do portu. Pozostałe statki zostały na swoich miejscach. Najpierw kilka minut po godzinie 14:30 nad statkiem pasażerskim "Cap Arcona" pojawia się pojedynczy, angielski samolot. Zostaje jednak ostrzelany z dział zamontowanych na pokładzie i odlatuje. Po chwili pojawia się cała eskadra alianckich myśliwców bombardujących Typhoon 2, które zaczynają bombardować okręty.

Woda pełna ciał

- Widziałem trzy bomby lecące prosto w nasza kabinę - mówił w późniejszych zeznaniach Łukasik. - Rzuciliśmy się na podłogę. Koledzy zostali poranieni odłamkami. Były to chyba bomby zapalające, bo dosłownie w jednej chwili okręt stanął w płomieniach. Chcieliśmy uciec korytarzami na pokład, ale po pierwsze szalał tam olbrzymi pożar, a po drugie widzieliśmy jak do wybiegających na otwarty pokład więźniów strzelają niemieccy żołnierze. Dlatego postanowiliśmy wrócić do kabiny i uciec przez bulaj. Już wtedy w zimnej wodzie wokół statku pływały tysiące więźniów. Większość zginęła od ognia lub karabinowych kul. Wyskakiwałem z kabiny jako jeden z ostatnich i może właśnie to mnie uratowało. Łukasik wskoczył do wody i zaczął płynąć w kierunku brzegu, do którego było około 5 kilometrów. Na szczęście z wody widać było pola żółtego rzepaku, co ułatwiało orientację. Emil Łukasik uratował się, bo po drodze natrafił na tratwę pełną więźniów. Zemdlał dopiero kiedy wylądowali na plaży.

- Kiedy się ocknąłem dwóch niemieckich chłopców ciągnęło mnie za ręce w kierunku pobliskiej szopy. Było tam już więcej osób. Później załadowano nas na samochody i zawieziono do pobliskiego miasteczka Neustadt. Tam byli już Anglicy, którzy zawieźli nas do koszar, w którym zorganizowano szpital.

Bałtyk czerwony od krwi

Według obliczeń na statku "Cap Arcona" 3 maja 1945 roku było około 6,5 tysiąca więźniów w tym 2 tysiące Polaków. Na "Athena" i "Thielbeck" kolejne 6 tysięcy i około 2 tysiące więźniów na statku "Deustchalnd". Razem daje to ponad 14 tysięcy osób. Według statystyk przeżyło niewiele ponad 1000 osób. Możliwe, że byłoby ich o wiele więcej, ale niemieccy żołnierze strzelali również do więźniów, którym udało się wydostać na brzeg. Przegonili ich dopiero angielscy żołnierze, którzy w tym samy czasie oczyszczali Neustadt. Statek pasażerki "Cap Arkona" nigdy nie wrócił do portu. Uszkodzenia po bombardowaniach były tak ogromne, że przewrócił się na bok i osiadł na głębokości 25 metrów. Podobny los spotkał statek "Deutschalnd". Najgorszy los spotkał jednak więźniów, których przetrzymywano na statku "Thielbeck". To właśnie jego załoga jako pierwsza poddała się i wywiesiła białe flagi. Nie przekonało to jednak aliantów, którzy z powietrza zbombardowali statek. Ten zatonął w ciągu kilku minut zabierając ze sobą prawie 3 tysiące więźniów, którzy nie zdołali uciec. Według opowieści Niemców, którzy mieszkali w tamtym rejonie jeszcze przez długie tygodnie morze wyrzucało ciała więźniów. Szczątki odkrywano nawet długo po wojnie, a informacja o ostatnim znalezionym, ludzkim szkielecie pochodzi z początku lat 90.

Mnożą się niewiadome

Do dzisiaj, do końca nie wiadomo, czy angielscy piloci, którzy dokonali nalotu na niemieckie statki wiedzieli, że pod pokładami uwięzieni są jeńcy wojenni, czy też sądzili (takie dane angielskie wojsko otrzymało od swojego wywiadu), że na statkach znajdują się niemieccy oficerowie i dowódcy wojsk, którzy drogą morską chcą uciec do Norwegii opanowanej jeszcze przez Niemców.

Istnieje również przypuszczenie, że Niemcy specjalnie podali informację o statkach zgromadzonych na wodach Zatoki Lubeckiej niezaszyfrowanym komunikatem po to, aby zabić więźniów rękoma aliantów. Historia mówi również o tym, że Anglicy już kilka dni wcześniej wiedzieli jaki ładunek mają te statki, ale informacje te za późno trafiły do dowództwa RAF-u.

Wiadomo na pewno, że w 1946 roku podczas procesu w Hamburgu, gdzie sądzono niemieckich nazistów winą za tragedię na Zatoce Lubeckiej obarczono Henricha Himmlera i admirała Karla Donitza.

Cap Arcona - królowa Pacyfiku

Cap Arcona inaczej zwana "królową południowego Pacyfiku" została zwodowana 14 maja 1927 roku. Był to w tamtych czasach jeden z najszybszych, najnowocześniejszych i najbardziej luksusowych statków kursujących między Hamburgiem a Rio de Janeiro i Buenos Aires. Sama nazwa "Cap Arcona" pochodzi od nazwy przylądka Arkona na wyspie Rugii. Statek miał 206 metrów długości. W 1940 roku został przejęty przez Kriegsmarine (niemiecka Marynarka Wojenna). Był używany na Morzu Bałtyckim jako statek do przewożenia uchodźców niemieckich ( między innymi z Gdyni i Gdańska). Warto również dodać, że w 1942 roku statku użyto do nakręcenia filmu, gdzie miał zastąpić sławnego "Titanica". Niemcy chcieli w swoim propagandowym filmie pokazać, że statek utonął przez nieodpowiedzialność angielskiej załogi i wśród nich znajdował się odpowiedzialny oficer niemiecki. Film nigdy jednak nie został ukończony.

Pamiętają o tragedii

Kilkanaści lat po tragedii na Zatoce Lubeckiej powstał Międzynarodowy Komitet Byłych Więźniów Obozu Koncentracyjnego w Neuengamme. W Polsce powstało Stowarzyszenie Byłych Więźniów Obozu Koncentracyjnego w Neuengamme do którego należał również Emil Łukasik. Członkowie stowarzyszenia bardzo często spotykali się w Hamburgu, gdzie po latach powstał pomnik upamiętniający morską tragedię. Podobne pomniki i miejsca pamięci powstały w innych niemieckich miejscowościach. W 2003 roku władze Hamburga oficjalnie przekazały tereny obozu Neuengamme (zaraz po wojnie wybudowano tam zakład karny - skorzystano z budynków obozu, które nie zostały zniszczone w czasie nalotów bombowych) miejscowemu muzeum, które przywróciło terenom dawny charakter obozu koncentracyjnego. Stworzono miejsce pamięci.

Emil Łukasik do końca swoich dni mieszkał w Ustce. Za pieniądze otrzymane z odszkodowania za przymusową pracę i więzienie w obozach koncentracyjnych podczas II Wojny Światowej wybudował na promenadzie nadmorskiej smażalnię ryb, która po latach zamieniła się w restaurację "Korsarz".

Komentarze [1]:

Cap Arcona

2011-11-09 12:23 | Anonimowy Użytkownik
Wiadomo jest, że piloci o więźniach nie wiedzieli !
Wykonywali oni rozkazy dowództwa RAF.
10

Koszyk

Koszyk jest pusty
0
/extension/selfphotostore/design/standard/images/ajax-loader2.gif
/selfstart/ajax /extension/selfstart/design/self/images/ajax-loader.gif

Sonda - czy na ulicy Marynarki Polskiej w Ustce powinien być zmieniony kierunek ruchu (do morza)

W tym roku zmieni się kierunek ruchu na ulicy Marynarki Polskiej. Część mieszkańców chce bowiem, aby ulicą można było dojechać do morza. Urzędnicy przed podjęciem decyzji chcą jednak zapoznać się z opinią specjalistów od planowania ruchu drogowego.

Zobacz cały artykuł

Czy jesteś za zmianą ruchu na części ulicy Marynarki Polskiej w Ustce tak, aby można nią było dojechać do morza?:

/selfphotostore/ajax