Nigdy nie zobaczyłem własnego PGR-u z lotu ptaka, choć parę razy było naprawdę blisko.
To marzenie o lataniu zawsze gdzieś we mnie mieszkało mimo, że pierwsze wspomnienia samolotów kojarzyły się raczej z wojną, a nie przyjemnością. Na własny samolot nie pozwalał mi również komunizm. Każda moja inicjatywa była niszczona przez partyjnych. Niczego jednak nie żałuję.
5 marca 1953 roku w podmoskiewskiej daczy w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach umiera Józef Stalin, sekretarz generalny Komitetu Zjednoczonej Partii Robotniczej i premier Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Dokładnie tego samego dnia niespełna 16 letni Zygmunt Mazuś, w niewielkiej miejscowości Krasin rozpoczyna swoją pierwszą pracę. Jest pomocnikiem, pomocnika mechanika. Dla innych pracowników Państwowego Gospodarstwa Rolniczego jest tak zwanym „przynieś, posprzątaj, pozamiataj”. Sam Zygmunt jednak jest tak zadowolony ze swojej pierwszej pracy, że nie pamięta nawet jak w jego PGR obchodzono śmierć Stalina. To właśnie tu dzięki własnemu uporowi i życzliwości ludzi poznaje tajniki maszyn rolniczych. Nawet nie wie, że zdobyta na roli wiedza pozwoli mu w przyszłości budować latające maszyny.
Za młodego jest ciężko
Mazuś swoje pierwsze lata pracy wspomina niechętnie. Pracę zaczynali wczesnym świtem i nierzadko wczesnym świtem kończyli.
- Kierowcy jeździli na prymitywnych ciągnikach, które ciągały za sobą jeszcze bardziej prymitywne maszyny rolnicze — mówi Zygmunt — Dla mechaników oznaczało to niekończącą się pracę. Jeszcze gorzej mieli pomocnicy mechaników, których wysyłano do najgorszej roboty. Ja jednak miałem szczęście.
Mazuś zostaje pomocnikiem, pomocnika mechanika tylko dlatego, że mechanik przebywał na chorobowym i jego pomocnik zajął miejsce mechanika. A to oznacza, że Mazuś zostaje automatycznie pomocnikiem mechanika.
- Mój mechanik, który jeszcze kilka dni wcześniej sam był pomocnikiem rozumiał moje położenie i bardzo mi pomagał. Nie krzyczał na mnie, nie wymagał nie wiadomo czego. Zawsze tłumaczył, miał ogromną cierpliwość a ja potrafiłem z tego korzystać. Już po kilku miesiącach pracy potrafiłem naprawiać rzeczy, na które swoim pomocnikom mechanicy pozwalali dopiero po latach praktyki. To jednak nie przyniosło mi posłuchu w środowisku. Inni pomocnicy myśleli, że się wywyższam i często dochodziło między nami do sprzeczek i bójek. Ja jednak korzystałem jak mogłem z wiedzy mojego bezpośredniego szefa. Niestety nie na długo.
Ciągle w drodze
Ojciec Zygmunta Mazusia był jest od maszyn rolniczych i często przenoszono go z jednego gospodarstwa rolnego do drugiego. Razem z nim przenosiła się cała rodzina. W tym i Zygmunt. W kolejnym PGR znowu zostaje pomocnikiem mechanika. Później trafia do Ośrodka Techniki Leśnej w Mzdowie.
- To właśnie tu złożyłem swoją pierwszą maszynę, którą chciałem wzbić się w powietrze. Skończyło się na ścianie obory - wspomina z uśmiechem Mazuś.
W OTL-u Mazuś jako pomocnik mechanika ma dosłownie wolną rękę. Po pierwsze dlatego, że jego przełożony nie garnie się zbytnio do brudnej roboty przy silniku, a poza tym Zygmuntowi udało się pozytywnie "zabłyszczeć" w środowisku.
- Stali pracownicy zawsze robią nowozatrudnionym jakieś żarty. Mi z silnika ciągnika, którym jeździłem wykręcili jeden z wtryskiwaczy paliwa. W normalnych warunkach silnik nie powinien nawet odpalić, ale tu się udało i normalnie tym ciągnikiem jeździłem. Kiedy dowiedział się o tym główny mechanik ośrodka to w prezencie dał mi kilka zapasowych wtryskiwaczy. Jeszcze bardziej się zdziwił, kiedy sam je sobie ustawiłem. A miałem wtedy niespełna 18 lat. Nikt w tak młodym wieku nie był nawet dopuszczony do takich tajemnic - dodaje Mazuś.
Akordeon za silnik
To właśnie podczas pracy w OTL-u Mazuś pierwszy raz widzi z bliska szybowiec, który musiał awaryjnie lądować na jednym z pól należących do PGR-u.
- Obejrzałem i pomyślałem, że sam potrafię takie cudo zbudować. Wiedziałem jednak, że nie uda mi się wyciągnąć w powietrze szybowca pomyślałem więc o maszynie z napędem silnikowym. Do spółki wziąłem mojego młodszego brata, który już także uczył się na mechanika. Tadeusz miał prawie nowy akordeon. Zamieniliśmy go na stary silnik od motoru. Wydawało mi się, że to już będzie odpowiednia moc potrzebna do oderwania maszyny od ziemi.
Mazuś wspomina, że śmigło wycięli i wygięli z olbrzymiego arkusza grubej blachy. Maszyna zamiast podwozia miała sanie. Największym problemem było sterowanie pojazdem. I właśnie brak sterowania o mało co nie zakończył lotniczo-konstruktorskiej kariery Mazusia.
- Postanowiliśmy przed budową i montażem skrzydeł sprawdzić, czy silnik będzie miał odpowiednią moc i ciąg. Dlatego postawiliśmy maszynę na prostej drodze i wystartowaliśmy. Nie wzięliśmy pod uwagę, że droga była wyboista. Zniosło nas na budynek obory. Później musieliśmy tą ścianę odbudowywać. Na szczęście nie wyrzucono nas z pracy, ale pierwszy prototyp samolotu musieliśmy rozebrać.
Wiedza nie popłaca
Dla Zygmunta rozebrać nie oznaczało jednak skończyć z marzeniami. Jeszcze wiele razy razem z bratem lub kolegami z ośrodka próbowali na różne sposoby podrywać różne maszyny od ziemi. Niestety nigdy skutecznie.
- Postanowiłem nawet pójść do szkoły do Słupska. Chciałem wiedzieć jak najwięcej o silnikach i maszynach rolniczych. Doszło nawet do tego, że zacząłem konstruować własne maszyny. Oczywiście przy okazji zawsze robiliśmy coś latającego. Skończyło się, kiedy lokalny sekretarz partii oficjalnie, pod groźbą zwolnienia z pracy, zakazał mi projektowania maszyn. Zaczęły się kontrole w moim warsztacie, przy okazji w całym OTL-u. Musiałem zrezygnować z pracy. Ponieważ w tamtych czasach nie mogło być rolnika bez pracy przydzielono mi dom w Osiekach wraz z niewielką działką. I tutaj jednak miałem problemy.
Mazuś był jedynym mieszkańcem wsi, który nie pracował w miejscowym PGR. To już rodziło podejrzenia. Poza tym do uprawy ziemi używał własnych, często nikomu nieznanych maszyn. Najgorsze było jednak to, że spokojną do tej pory wieś zaczęli odwiedzać partyjni kontrolerzy, którzy przyglądali się wynalazkom byłego mechanika. Sam Mazuś do tamtych czasów wraca niechętnie. Mówi, że komuniści zepsuli mu życie, choć z drugiej strony przyznaje, że wtedy było mu lepiej niż teraz.
-Mogę tylko powiedzieć, że udało mi się zbudować coś na wzór helikoptera, który mógłby wznieść się w powietrze. Nie zdążyłem go dokończyć, bo pojawili się partyjni. Zacząłem powoli odpuszczać sobie marzenia, tym bardziej, że musiałem utrzymać rodzinę. Myślę, że to właśnie wtedy skończyła się moja przygoda z lataniem, którego nigdy nie doświadczyłem.
Świat szybko zapomina
Obecnie Zygmunt Mazuś ma 67 lat. Jest prawie całkowicie ślepy, bo po latach dały o sobie znać nigdy nie leczone oczy. Mieszka samotnie na uboczu Osiek. We wsi mieszka jeszcze jego syn i szwagier, ale jak twierdzą ojciec nie chce sobie pomóc i nie zamierza się nigdzie przenosić, mimo, że jego dom grozi zawaleniem. Pod koniec sierpnia już po naszej wizycie we wsi niewidomym zainteresował się dzielnicowy z Kępic. Wiadomo już, że na jego wniosek wykoszono drogę do domu, aby Mazuś mógł się po niej swobodnie poruszać. W najbliższym czasie mają się tam również pojawić ludzie, którzy zajmą się oczyszczeniem posesji z wszelkiego rodzaju śmieci. Niestety nie znajdą tam już żadnej latającej maszyny. Mazuś wszystkie dawno rozebrał.
Hubert Bierndgarski
W tym roku zmieni się kierunek ruchu na ulicy Marynarki Polskiej. Część mieszkańców chce bowiem, aby ulicą można było dojechać do morza. Urzędnicy przed podjęciem decyzji chcą jednak zapoznać się z opinią specjalistów od planowania ruchu drogowego.
Komentarze [1]:
Od wnuczki
2011-04-16 16:08 | Ania140512