- Nie nadawałem się na mechanika. Mimo wielkich starań nigdy nie potrafiłem wykonać dokładnie prac zleconych przez wychowawców. A mechanik musi być precyzyjny. Zostałem nawigatorem.
Piotr Wiszniewski ma niecałe 15 lat, kiedy trafia do szkoły jungów w Gdyni. Tutaj poznaje przedsmak prawdziwego marynarskiego życia.
- W latach mojej młodości praca na morzu była bardzo mocno propagowana wśród młodzieży. Namawiano nas do tej przygody, pokazywano możliwości. Bardzo wielu ludzi z mojego rocznika skusiło się i poszło do pracy na statku. Wielu z nich spędziło na morzu całe swoje życie.
W szkole jungów utworzonej w Państwowej Szkole Wychowania Morskiego im Mariusza Zaruskiego w Gdyni Wiszniewski poznaje podstawy astronawigacji, nawigacji testerycznej. Uczy się pracować z sekstansem, mapą i cyrklem nawigacyjnym. Pierwsze praktyki odbywa na żaglowcu "Dar Młodzieży". Po zakończeniu szkoły średniej dostaje się do Wyższej Szkoły Morskiej w Szczecinie.
Studenci na "rybakach"
- Wierzyliśmy, że zaraz po skończeniu uczelni dostaniemy się do floty handlowej i cały świat stanie przed nami otworem. Rzeczywistość była jednak całkiem inna. Tuż po odebraniu dyplomu cały nasz rocznik został odesłany na jednostki rybackie. Brakowało wtedy szyprów, a my - zdaniem naszych wykładowców - świetnie się do tego nadawaliśmy.
Wiszniewski zamiast wielkiej przygody na oceanach świata rozpoczyna swoją pracę jako szyper rybackiego kutra.
- Najlepsze było to, że wcale nie znaliśmy się na łowieniu ryb. Nie mieliśmy zielonego pojęcia o ciąganiu włoków, podbieraniu sieci, już nie mówiąc o miejscach, gdzie rybę można było łowić. Naszym przełożonym to jednak wcale nie przeszkadzało. Zrobiono nam szybkie przeszkolenie i już nadawaliśmy się do pracy na "rybakach" - Na szczęście długo tam nie pracowałem.
Kolejnym etapem morskiego życiorysu Wiszniewskiego jest praca w porcie morskim w Szczecinie. Pracuje na holowniku. Nadal jednak szkoli się w astronawigacji. Tutaj także smakuje dziennikarskiego życia.
Z holownika do gazety
- Było takie pismo, które nazywało się "Tygodnik Morski". To była typowa gazeta dla marynarzy. Potrzebowali człowieka, który pisywałby dla nich artykuły. Ponieważ już wcześniej miałem styczność z dziennikarstwem zapytano mnie, czy nie chciałbym czasami coś dla nich napisać. Najzabawniejsze jest to, że kilka miesięcy później byłem już redaktorem naczelnym tej gazety. Choć nie ukrywam, że miałem problemy.
Te kłopoty, to nic innego jak ówczesne służby bezpieczeństwa.
- Naraziłem się trochę swoimi ostrymi wypowiedziami dotyczącymi systemu politycznego. Nie odczułem może bezpośrednio zainteresowania moja osobą, ale wiem, że byłem pilnowany. Z reszta w tamtych czasach na każdym statku był oficer polityczny. I to spowodowało, że zanim zostałem naczelnym musiałem się trochę nagimnastykować. Ale w końcu się udało. Choć moja przygoda z gazetą nie trwała długo. - dodaje Piotr.
Na ocean
Przyszedł jednak moment, kiedy Wiszniewski, już jako oficer dostaje się na statek handlowy i rozpoczyna swoją przygodę z prawdziwym morzem.
- Nie powiem w jakich miastach świata byłem. O wiele łatwiej byłoby mi wymienić miasta i porty do których niestety nie dotarłem. Zwiedziłem prawie cały świat. To wrażenia, których nigdy się nie zapomina.
Zakochany w astronawigacji.
Wiszniewski zaczynał pracę na morzu w czasach, kiedy mechaniczne i elektroniczne urządzenia nawigacyjne jeszcze raczkowały. Wtedy podstawowym narzędziem każdego oficera nawigacyjnego była mapa, sekstant, słońce i gwiazdy.
- To był chleb powszedni naszej pracy. Ściąganie pozycji ze słońca i gwiazd, nanoszenie na mapę i wytyczanie kursów robiliśmy po kilkadziesiąt razy dziennie. Z chlubą mogę powiedzieć, że nigdy się nie pomyliłem i zawsze trafiałem do celu, choć niejednokrotnie było ciężko.
Pamiętam moment, kiedy podczas jednego z rejsów wysiadło na całym statku zasilanie. Prądu wystarczyło jedynie na niezbędne oświetlenie kabin i pokładu. Wtedy już mieliśmy elektroniczne urządzenia nawigacyjne - oczywiście też nie działały. Poprosiłem więc młodego, drugiego oficera, aby wziął sekstant i wytyczył kurs na podstawie gwiazd. Jakie było moje zdziwienie, kiedy powiedział, że po prostu tego nie potrafi. Nie potrafili tego również dwaj inni oficerowie, którzy ze mną pływali. Nie pozostało mi więc nic innego jak przez kolejne trzy dni, bo tyle trwała podróż do portu przeznaczenia kilkanaście razy dziennie brać samemu namiary ze słońca oraz gwiazd i wytyczać kursy. Nie miałem jednak za złe oficerom tego, że nie potrafili pobierać namiarów ze słońca. Wiem, że tego już teraz nie uczą w szkołach morskich. A jeżeli już to w minimalnym stopniu.
Dewiator
Kilkanaście lat później, już jako kapitan żeglugi wielkiej Wiszniewski osiedla się w Słupsku i podejmuje pracę w Urzędzie Morskim. Tutaj zajmuje się ustawianiem i korygowaniem kompasów zamocowanych na kutrach rybackich.
- Nie każdy wie, że niewielka betonowa wysepka znajdująca się w usteckim porcie, to nie pozostałość po starym nabrzeżu portowym. Wykorzystujemy tę dalbę do ustawiania kompasów nawigacyjnych. Jest to jeden z nielicznych punktów w okolicy naniesionych na mapy nawigacyjne. Jego pozycja została dokładnie zbadana. Dzięki temu można z dokładnością bynajmniej do jednego stopnia ustawić kompas magnetyczny jednostki. A trzeba to robić bynajmniej raz w roku. Podobna wysepka znajduje się również w Darłowie. Tylko, że tamta wykonana jest z metalowych elementów i zawsze miałem obawy, że magnesy kompasów będą źle wskazywały kierunki. Na szczęście nigdy się nie potwierdziły. Dzięki swojej pracy pomagam marynarzom bezpiecznie wrócić do domu. To miła praca.
Historia spisana na kartach
Piotr Wiszniewski oprócz tego, że jest kapitanem żeglugi wielkiej i dewiatorem, to jest również pisarzem. W 1996 roku wydał książkę "Pod gwiazdą Conrada - mój dziennik okrętowy" Teraz, kiedy jest już na emeryturze szykuje się do kolejnej opowieści.
- Chciałbym spisać wszystko, co udało mi się podczas morskich podróży zobaczyć. Naprawdę ponad 55 lat pracy na morzu to dużo do opowiadania, a tym bardziej do opisania. Mam tylko nadzieję, że nie będę miał już takich problemów z wydaniem książki, jak za pierwszym razem.
Hubert Bierndgarski
W tym roku zmieni się kierunek ruchu na ulicy Marynarki Polskiej. Część mieszkańców chce bowiem, aby ulicą można było dojechać do morza. Urzędnicy przed podjęciem decyzji chcą jednak zapoznać się z opinią specjalistów od planowania ruchu drogowego.